Po mojemu, czyli…. dlaczego jadłospis „nie działa”?

Cześć 🙂 

Dzisiejszym postem chciałbym rozpocząć cykl wpisów w których przedstawiam swój punkt widzenia na pewne aspekty żywieniowe i treningowe.

Seria wpisów „Po mojemu” będzie przedstawiała tylko i wyłącznie moje subiektywne spostrzeżenia i nie będzie popierana żadnymi dowodami naukowymi, literaturą naukową bądź też badaniami a jedynie moim 5 letnim doświadczeniem trenerskim i dietetycznym  oraz wynikającymi z niego obserwacjami.

Możecie potraktować tą serię jako ciekawostkę (z przymrużeniem oka 😉 ) ale mam nadzieję że pozwoli Wam wyciągnąć ciekawe wnioski które skłonią Was do zastanowienia się nad pewnymi schematami postępowania zarówno w odżywianiu jak i treningu.

Okej, zatem zaczynamy…

„Dlaczego jadłospisy nie działają…?”

Na wstępie odrazu zaznaczam, że mam na myśli – „nie są skuteczne/ nie działają dla każdego”. Nie oznacza to jednak, że nie znajdziemy osób które świetnie się odnajdują w stałej kompozycji posiłków, nawet narzuconej przez kogoś z góry – tu mam na myśli dietetyka, trenera etc.

Zatem na kogo „nie działają” jadłospisy, albo inaczej.. dlaczego nie uważam ich za najskuteczniejszą metodę w uzyskaniu  optymalnych nawyków żywieniowych (szczególnie dla osób początkujących i rozpoczynających szereg zmian związanych z poprawą swojego codziennego funkcjonowania, treningów i odżywiania) ?

Z mojego doświadczenia wynika, że  osoby które nie mają wypracowanych żadnych „dobrych” (pozwalających osiągnąć swój cel) nawyków żywieniowych korzystając z gotowych jadłospisów niestety niczego się nie uczą. System żywieniowy w takim wypadku, który powinien być postrzegany jako trwała zmiana która jest wprowadzana poprzez budowanie nowych nawyków zostaje zrozumiana jako system zero – jedynkowy, czyli „jestem na diecie/ nie jestem na diecie”.

Co dokładniej przez to rozumiem?

Mianowicie często dana jednostka postrzega swój nowy sposób żywienia jako nie coś trwałego a jako plan/ drogę do osiągnięcia celu – „etap jestem na diecie”, która po zakończeniu procesu może pozostać porzucona na rzecz wcześniejszych nawyków które danej osobie o wiele bardziej odpowiadały, ale niestety nie były korzystne pod kątem sylwetkowym – „etap nie jestem na diecie”.

Okej.. ktoś może teraz powiedzieć, ale przecież poprzez stosowanie się do określonych jadłospisów również budujemy w trakcie całego procesu nawyk… niby tak, ale nie do końca 🙂

Jeżeli by tak było, nie borykalibyśmy się z problemami powracającej wagi czyli słynnego efektu (yo-yo). I choćby nie wiem ile pisała literatura, wychodziło różnych potwierdzających podobne założenia badań to niestety nie uwierzę, że do zmiany długotrwale zakorzenionych nawyków (przykładowo osoba bardzo otyła z wagą +100 kg ->  jej waga przecież nie zbudowała się w chwilę, więc szkodliwe nawyki musiały być powtarzane latami) potrzebujemy jedynie 21 dni/ miesiąca/ pół roku.

Jeżeli wiecie jak działają nasze nawyki, to znajomym Wam jest fakt że nasz mózg nie zapomina. Nie zapomina on starych nawyków a jedynie jest w stanie je zastąpić nowym ale przede wszystkim atrakcyjniejszym/ korzystniejszym  nawykiem który również daje nam satysfakcję.

Stawiam zatem przed Wami pytanie, czy jesteśmy w stanie w ciągu 12 tygodniowej diety opartej o jadłospis zastąpić nawyki, które budowały nam ciało przez ostatnich rok/ dwa a może i więcej…? 

Z perspektywy mojej dotychczasowej pracy …. niestety nie.  Kluczowym zatem pytaniem podczas rozpoczęcia procesu budowy nowych nawyków żywieniowych u naszego podopiecznego powinno być pytanie.. „Czy jesteś w stanie odżywiać się w dany sposób przez kolejny rok, dwa, x  kolejnych lat tak aby utrzymywać wypracowane przez siebie efekty” i tutaj często osoby, które wchodzą na niedopasowany/ trudny do utrzymania jadłospis mówią, że oczywiście nie.

Co jest zatem alternatywą dla takich rozwiązań?

Tak jak wyżej napisałem – nie uważam ich za nieskuteczne dla każdego (możliwe, że znajdą się osoby które dostaną tak skrojony jadłospis, że będą chciały jeść w ten sposób non stop – gratuluję [szczególnie gdy podstawy żywieniowe były już wcześniej wypracowane], tu jednak rozchodzi się o tą  całą resztę), natomiast ich długofalowa efektywność jest zazwyczaj na niskim poziomie.

Alternatywą mogą być rozwiązania które pozwolą postrzegać nasze nawyki żywieniowe jako proces, który po pierwsze:

a) nie wywraca wszystkiego do góry nogami

b) jest wymagający, ale możliwy do wykonania

c) pasuje podopiecznemu długofalowo

d) daje satysfakcję i chęć sięgania po więcej

Co mam przez to na myśli? 

Po pierwsze możemy przykładowo zacząć od zwyczajnej kontroli kaloryczności diety (to co wybierzecie  na start jest w pełni indywidualne – zależne od Was i waszego celu)

Jeżeli nasz „Kowalski” nie miał w zwyczaju wiedzieć ile kalorii dostarcza, to wprowadzenie na pierwszy etap – liczenia i śledzenia liczby kcal, może się świetnie sprawdzić. Zazwyczaj rozpoczynam od tego cały proces i daję na to powiedzmy 21 dni – 1 miesiąc. Nie wymagam od niego nic więcej, chcę aby tylko i wyłącznie skupił się na danym założeniu i próbował to utrzymać przez określony czas.

Pierwszą reakcją i słowami, które najczęściej słyszę to coś  w stylu:.. „to proste/ tak mało? nic więcej poza tym..?” i mam wrażenie, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi… zostawić ciągły mały niedosyt, ciągłą większą chęć rozwoju a gdy wspólnie uznamy że dane założenie nie jest już wymagające płynnie możemy przejść do kolejnego.

Proszę spójrzcie na to z tej perspektywy jakbyście układali dzienną listę  zadań, którą macie do spełnienia. Zaczynamy od tych najistotniejszych które GWARANTUJĄ efekt końcowy:

1. Kontrola podaży kcal

2. Odpowiednia podaż białka

3. Dzienna podaż błonnika (mikroelementy)

4. Podział makroskładników

5. Kompozycja posiłków w ciągu dnia

A dopiero pózniej płynnie przechodzili do coraz to dalszych aspektów, które dają wymiernie mniejszy efekt, ale wciąż są dla nas korzystne.

„Siła woli” – główny przeciwnik/ sprzymierzeniec dużych zmian: 

Dobrze wiemy, że nasze zasoby siły woli i pula dziennej energii są ograniczone i muszą zostać rozdysponowane na każdy aspekt naszego życia, dlaczego zatem próbujemy na samym początku przygody z treningiem/ zdrowym odżywianiem przeznaczać tak dużo energii na zmianę tylko i wyłącznie jednego elementu w naszym życiu jakim jest żywienie?

To powoduje, że w momencie gdy w pracy szef podkręci śrubę, treningi staną się cięższe, partner/ ka nas wkurzy, wydarzy się jakaś tragedia (odpukać) mogą okazać się one nie wystarczające a stąd najprostsza droga do nieutrzymania założeń a częściej powtarzając schemat -> konsekwentny powrót do starych nawyków.

Czy nie łatwiej będzie wprowadzać każdy element (rozpoczynając oczywiście od najważniejszego, tutaj te elementy które wybieracie to kwestia w pełni indywidualna i zależna od waszych potrzeb) stopniowo i dać sobie czas na pełną adaptacje i opanowanie nowej „umiejętności” przez co nie „kręcimy bata” sami na siebie i możemy w pełni płynnie rozwijać się na naszej nowej drodze? A co najważniejsze w pełni dopasowany do nas sposób w którym trzymamy się tylko tych reguł „gry” które dają nam efekt i są możliwe do zaakceptowania długofalowo.

Oczywiście jest to tylko i wyłącznie moje zdanieale mam nadzieję że wywoła ono w Was dobre refleksje na ten temat.

„Po mojemu” cały ten proces może zostać dopasowany stopniowo, być skrojony na miarę niczym dobry garnitur. Nie musimy kupywać przecież gotowca jeżeli nigdzie nam się nie śpieszy (tutaj ciekawy fakt, że jeżeli motywacja jest silna a czas okrojony, np. wesele, wyjazd na wakacje- to ludzie są w stanie na prawdę wiele znieść na diecie.. zaobserwujcie natomiast większą część osób i co niestety się dzieje po osiągnięciu celu….)   a chcemy uzyskać na stałe atrakcyjną sylwetkę i dobre samopoczucie… prawda?

Podsumowując:

Mam nadzieję, że powyższy wpis wywoła w Was ciekawe refleksje odnośnie budowania nawyków, całego procesu zmiany oraz spodoba Wam się taka luźniejsza merytorycznie forma wiedzy. Podzielcie się proszę ze mną swoimi  spostrzeżeniami w wiadomości prywatnej i  komentarzach.

Jeżeli potrzebujecie pomocy z budowaniem od podstaw nowych nawyków żywieniowych oczywiście zapraszam do kontaktu.

I oczywiście na koniec – dobrej niedzieli i do przeczytania ! 🙂